Z życia się trzeba cieszyć.

Robisz to co kochasz w życiu? Jesteś szczęśliwy/szczęśliwa? Jeśli tak to dlaczego? A jeśli nie, czego Ci brakuje do szczęścia? Każdy z nas pragnie być szczęśliwym. Ale jak wielu z nas tylko o tym mówi a nic z tym nie robi… Całe mnóstwo. Pamiętam siebie z przed kilku lat. Coś tam studiowałam, gdzieś tam pracowałam i usychałam. Bo wiedziałam, że to nie jest to, że wcale nie chce tego studiować, że nie chce tam pracować. I co z tym zrobiłam? NIC. Pracowałam dalej i czekałam, że los PRZYPADKIEM się odmieni. W życiu nie ma przypadków. I nic się nie dzieje bez powodu. U mnie przełomowym momentem był wypadek. Jak już zaczęłam chodzić, powiedziałam sobie dość. Przecież nie przeżyłam tego po to, aby dalej moje życie wyglądało tak samo. Przeżyłam koszmar. Nie mogłam pozwolić aby moje życie dalej wyglądało tak jak przed. Wiedziałam, że stać mnie na więcej. Bałam się. Dlatego wcześniej nic z tym nie zrobiłam. Głupota. Na szczęście w porę się obudziłam. Wtedy byłam przekonana, że skoro udało mi się przeżyć taki wypadek, skoro wytrzymałam tyle miesięcy w łóżku, zdana na łaskę innych, ten ból i niepewność o swoje życie w pierwszych dniach po wypadku to już będzie tylko lepiej, wiedziałam, że teraz sobie poradzę z każdymi przeciwnościami losu. I jest to paradoksalne, ale jest mi wspaniale. Paradoksalne dlatego, że musiało dojść do tragedii, musiałam przestać chodzić, prawie żegnając się z życiem, a właściwie już żegnając bo przecież zdążyłam umrzeć, aby zrozumieć, że mogę, że potrafię. I jestem szczęśliwa. Moja siostra rok temu zapytała się mnie czy nie jestem bardziej szczęśliwa niż przed wypadkiem. Zaczęłam się śmiać i zapytałam się jej czy oszalała. Bo przecież jak mogę być szczęśliwa?? Nigdy nie będę zdrowa tak jak byłam, straciłam „miłość” swojego życia, wspaniałą przyjaciółkę. Więc jak? Dziś bym jej odpowiedziała, że tak. Jestem bardzo szczęśliwa. Kocham swoją pracę. UWIELBIAM JĄ. Oczywiście, że na nią narzekam, ale mimo wszystko ją kocham. Moje studia są cudowne. Mam świetnych ludzi obok siebie. Doceniam każdy dzień, bo teraz już wiem, że każdy dzień może być tym ostatnim. A to jest piękne. Ta świadomość jest cudowna. Straciłam dużo, ale wiele zyskałam. Nigdy nie zapomnę o wypadku, o tym jak leżałam pod samochodem, jak prosiłam kolegę aby pojechał do mojej rodziny i powiedział, że ich kocham, jak obudziłam się po reanimacji i ten strach lekarzy w oczach. Jak musiałam leżeć, ten ból po i nadal… Ale to nic. Trudno. Tak musiało być. Jestem silniejsza. Dałam radę. Nie dałam się pod tym samochodem. Więc skoro jemu się nie dałam to i z życiem sobie dam radę. Każdemu życzę z całego serca, aby docenił to co ma. Bo życie jest piękne.
Jak słucham marudzenia, bo tamten nie kocha, bo praca słaba, bo coś tam.. Szlak mnie trafia. Jak nie kocha to trudno, będzie inny. Praca słaba? To zrób wszystko, żeby ją zmienić. Jeśli jest zdrowie można wszystko. W odpowiedzi słyszę, że jestem młoda, nie znam życia i nic nie wiem. Może i nie znam, ale swoje przeżyłam. I wiem jedno, życiem się trzeba cieszyć. Z życia trzeba brać wszystko co się da. I tego Wam z całego serca życzę!

Bo ten, kto raz nie złamie w sobie tchórzostwa, będzie umierał ze strachu do końca swoich dni.

Dziwne. Czytam moje stare wpisy z przed dwóch lat i zastanawiam się skąd miałam tyle energii i szczęścia w sobie!? Człowiek tak bardzo się zmienia pod wpływem pewnych zdarzeń.. Mnie zmienił wypadek i to co się po nim później działo. Aczkolwiek bardziej doceniam życia i staram się z niego cieszyć. Jednak strach przed nim też jest ogromny. Podoba mi się teraz moje życie, mam pracę o jakiej zawsze marzyłam, studiuje to co chciałam. Żyję. A przecież tak mało brakowało i by mnie już nie było. Ciekawe po co tak się stało? Mam tyle pytań, które pewnie już zostaną bez odpowiedzi. Czemu przeżyłam? Co miało mnie to nauczyć? Czy wypadek miał mnie nauczyć cieszyć się życiem? Przecież zawsze się cieszyłam. Przez wypadek albo dzięki niemu, straciłam chłopaka i najlepszą przyjaciółkę. Teraz już nie żałuje, widocznie to nie byli odpowiedni ludzie w moim życiu, skoro zostawili mnie wtedy kiedy potrzebowałam ich najbardziej, kiedy nie mogłam chodzić. Moja siostra mi kiedyś powiedziała, że powinnam się cieszyć, bo dzięki temu, że miałam wypadek mogłam zobaczyć kto mnie kocha naprawdę, kto był przy mnie w tych najgorszych chwilach mojego życia. I to prawda. Cieszę się. Bo wiele dostałam, bardzo wiele. Jednak też wiele mi odebrano. Nie mówię nawet o zdrowiu, ale o tej radości z życia. Teraz się wszystkiego boje. Boje się jeździć samochodem, bo a nóż widelec znowu będzie wypadek i znowu będę leżała pod samochodem. Czarne wizję. Boję się zaufać ludziom, bo pewnie kolejne jednostki mnie zranią. Pamiętam jak dziś. Leżałam w łóżku, nie chodziłam WCALE. Byłam zdana na pomoc bliskich we wszystkim. I zostawia mnie osoba którą tak strasznie kochałam. Później przyjaciółka. Bolało jak jasna cholera. Nie wiem co bardziej. Czy moje obolałe mięśnie i połamane kości czy serce. Wyszłam z tego. Silniejsza. Jednak też z rysą. Byłam pewna, że po każdej burzy wychodzi słońce. I nadal w to wierze. Od wypadku minął rok i cztery miesiące. Jeszcze czekam na słońce. Wierzę nadal w to, że wszystko dzieje się po coś. Z jakiegoś powodu musiało się tak stać. Musiałam mieć wypadek, on musiał ode mnie odejść, przyjaciółka musiała odwrócić się ode mnie. Dowiem się w końcu czemu. Kiedyś na pewno!

Nieoczekiwany cud.

Kiedyś na blogu pisałam o miłości. Coś chyba, że jej nie ma, że jest nieprawdziwa, że na pewno do mnie nie zapuka już nigdy. Jaki to człowiek młody i głupi. :)
Ktoś w komentarzach napisał, że na pewno jeszcze pokocham i to w najmniej oczekiwanym momencie.. To było chyba w sierpniu. Podziękowałam za ciepłe słowa, ale traktowałam je z przymrużeniem oka. Jak to ja.
I o to, 3 miesięcy temu, na dwa dni przed wypadkiem, zaczęło do mnie powoli coś docierać…

Miałam przyjaciela, od 10 lat. Zwierzaliśmy się sobie, pomagaliśmy. Byliśmy dla siebie wszystkim. W każdym kryzysie mojego życia był przy mnie. Gdy zdradził mnie chłopak z naszą przyjaciółką, odwrócił się od niej i został ze mną. Był przy mnie zawsze. Gdy wylewałam łzy, po stracie byłego, gdy umarł dziadek. On też zawsze mógł na mnie liczyć.
Nigdy w życiu nie pomyślałam o nim inaczej jak o koledze/bracie/przyjacielu. Był takim dobrym duchem.
Wyjechałam w sierpniu nad morze. I tam moja przyjaciółka powiedziała mi, że dlatego jestem sama, bo w głębi duszy wiem, że zasługuje na coś więcej i że mam swój typ zakodowany w głowie. Stwierdziłam, że na pewno nie! Leżałam później na zacnej plaży i analizowałam… Może jednak ona ma rację. I mówię, Ahh w sumie M jest idealny. Spełnia każdy mój wymarzony aspekt. :)
Ale gdzie tam, szkoda przyjaźni. I na tym stanęło. W mojej głowie.
Nadal mu się zwierzałam z nieudanych randek itp. Podobnie jak on mnie.
3 miesiące temu spotkaliśmy się u mnie, nic znaczącego nie padło, ale było inaczej niż zwykle.
Jakieś delikatne muśnięcia ręką, padały dziwne zdania. Było inaczej. Jednak obróciłam to wszystko w żart, rozstaliśmy się i nadal byliśmy przyjaciółmi.

7 listopada 2013 roku, zapamiętam do końca życia. Wyszłam tego dnia po 8 z domu, jak zwykle do pracy, krzyknęłam na odchodne, że będę później bo umówiłam się z kolegą.
Skończyłam pracę o 19, o 19.15 spotkałam się z kolegą W.
Pojechaliśmy coś zjeść, a później na kawę, uzgadnialiśmy plan. Miał się oświadczyć mojej przyjaciółce. Po kawie zadzwoniła mama, zapytała się o której będę w domu, bo babcia się pytała, a nie może się do mnie dodzwonić. Powiedziałam, że powoli wyjeżdżamy, że powinnam być za 20 minut. Była 21.50.
Na koniec, powiedziałam, że ją Kocham, a mówię jej to dość rzadko.

Później dzwoniła o 22.35 ale już nie odebrałam.. Leżałam już pod samochodem. Przygniotło mnie półtorej tony. Do domu już nie dotarłam.
Spędziłam pod nim jakieś 40 minut.
Wypadliśmy z zakrętu tyle pamiętam. Później obudziłam się pod czymś ciężkim, jak się później okazało, pod autem. Na początku, byłam przekonana, że to sen, wiedziałam, że się zaraz obudzę we własnym łóżku… Później już wiedziałam, że nie. Kolega krzyknął, że jestem pod samochodem, próbował go podnieść, ale nie dał rady, nie mógł znaleźć telefonów, aby zadzwonić po pomoc, od domów daleko.. Krzyczał on, krzyczałam z bólu ja. Nikt nas nie słyszał. Bolało jak jasna cholera, spojrzałam na nogi, prawą ruszałam, lewą nie. Pomyślałam, że to paraliż, ale pewnie częściowy. Dam radę, będę chodziła, wypracuje to ćwiczeniami.
Błagałam Boga, żeby ktoś nas usłyszał. Żeby już przyjechała karetka. Kolega upuścił samochód, a ja nie miałam czym oddychać. Poszedł szukać telefonu.
Dzięki Bogu znalazł, zadzwonił, trzymał dalej.
Już później nie wierzyłam, że będzie dobrze. Już nie modliłam się, żeby ktoś nas usłyszał, modliłam się, o śmierć. Nie mogłam wytrzymać z bólu. Traciłam oddech.
W tych moich, jak myślałam, ostatnich chwilach myślałam o wielu rzeczach… Myślałam o tym, że dawno nie widziałam mamy, że ostatni raz, 28 października. Zastanawiałam się jak ona sobie z tym wszystkim poradzi. Myślałam o mojej przyjaciółce, była daleko, nie było jej w Polsce, wiedziałam, że się załamie. I pomyślałam o nim.. o moim przyjacielu. Płakałam bo nic jeszcze nie przeżyłam, bo studia, bo dom, rodzina, dzieci.. i on.
Nie pamiętam dokładnie, co myślałam, ale tak bardzo chciałam, żeby był obok mnie.
Przestałam oddychać, podobno jeszcze powiedziałam do kolegi, żeby powiedział moim najbliższym, że ich kocham. Ale tego już nie pamiętam.
Obudziłam się w karetce, po reanimacji.
Przeżyłam. Cudem.

Miłość, przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I jeszcze w mniej oczekiwanym odchodzi.  Całą drogę do szpitala, myślałam o tym, żeby do niego napisać. Podczas gdy robili mi badania, chciałam się znaleźć jak najszybciej na oddziale, aby napisać do M o wszystkim a przede wszystkim o tym, że tam, gdy umierałam o nim myślałam… I tak zrobiłam.

Szczęście zaklęte w życiu.

Przypomniałam sobie o blogu. I jak co rano, zrobiłam sobie kawę, odpaliłam komputer i czytałam. Moje wpisy. Te z przed pół roku. Dawno mnie nie było, wiem.
Mam na to usprawiedliwienie. :) Wróciłam z ogromną dawką pozytywnej energii którą mam zamiar Was zarażać.
Do rzeczy. Przepraszam, że tak długo, pewnie wszyscy już zapomnieli o moim blogu, pewnie na nowo będę musiała odbudować w Was chęci ku zaglądania tu. Przepraszam, ale jakiś czas temu, miałam poważny wypadek.
Przestałam chodzić, co prawda miałam dużo czasu na pisanie, ale cały czas byłam na proszkach przeciwbólowych, które mnie usypiały…

Wypadek był najgorszą chwilą w moim życiu, nigdy się tak nie czułam i mam nadzieję, że już nigdy się tak nie poczuję, mam nadzieję, że nikt z Was, nigdy nie doświadczy tego co ja.
Na pół roku zostałam wykluczona z życia. 3 miesiące leżenia plackiem w łóżku. Jednak uwierzcie mi, byłam szczęśliwa. Bo przeżyłam. To że żyje to cud. Po takich wypadkach rzadko kto wychodzi. A ja mam gdzieś na górze swojego anioła stróża. Chyba mam jakąś misje do spełnienia tu na ziemi. Ofiarował mi życie po raz kolejny. I za to będę wdzięczna do końca życia.
Cieszmy się życiem, nigdy nie wiemy co się może zdarzyć.

Jak kocha facet?

Po raz kolejny przepraszam, rozjeździłam się troszkę w te wakacje, co niestety wybiło mnie z rytmu. Jednak walizki już rozpakowane, należy wrócić do rzeczywistości, ale nie szarej! :)

Mam nadzieję, że każdy z Was, jest wypoczęty, lub też będzie, bo nie długo spędzi gdzieś wakacje. Ja w tym roku miałam dużo szczęścia. :) Dwa tygodnie biegania po moich ukochanych tatrach, a dodatkowo udało mi się spędzić kilka dni w Sopocie. :)
Wypoczęłam! Czas zabrać się do pracy.

Dziś, chciałabym poruszyć temat miłości. Konkretnie chodzi mi o miłość facetów. Czy oni na prawdę po trafią kochać? Nurtuje mnie to pytanie strasznie, bo im więcej mam styczności z facetami tym bardziej, uważam, że nie są do tego zdolni. Może takie mam szczęście!
Zawsze twierdziłam, czasami do dziś tak myślę, że jeżeli facet kocha na prawdę, to jest wstanie poruszyć niebo i ziemie dla tej kobiety! Jak kocha to na zabój. Myślałam, że po facecie po prostu widać to uczucie.
Jednak z każdym dniem, zaczynam zmieniać zdanie. Bo facet który kocha na prawdę zdradza? Czy wstydzi się swojej kobiety? Czy podrywa koleżanki swojej kobiety? Moim zdaniem nie. Może się mylę. Może istnieją faceci którzy kochają na zabój?
Podobno, według jakiś badań, mężczyźni zakochują się dużo szybciej niż kobiety! A podobno to my jesteśmy okropnie uczuciowe! Bo jesteśmy! :)
Ba! nawet ok 20% mężczyzn zakochało się od pierwszego wejrzenia! Co jest podstawą? Wiadomo, wygląd. Nie negujmy. Każda z nas, na pierwszy rzut oka, zwraca uwagę na wygląd. Panowie również. I nie ma w tym nic złego!
Mam nadzieję, że co do facetów się mylę. Bo szczerze i z całego serca ich uwielbiam!
Każdej kobiecie i sobie, życzę wspaniałego faceta! Który będzie kochał, szanował, nie będzie zdradzał. W głębi duszy jednak wierzę w takie cudne egzemplarze! :)
A Panom życzę cudownych i kochających kobiet!
Dobranoc.:)

Nie będę żyła na próżno..

Wybaczcie mi proszę moją tak długą nieobecność. Jednak dopiero nie dawno wróciłam z gór, gdzie w moich ukochanych Tatrach ładowałam akumulatory! Wróciłam pełna szczęścia, energii, radości i uśmiechu na twarzy! Dla mnie nie ma nic piękniejszego! Moje góry! Moje ukochane! Mogłabym po nich chodzić, całe dnie. Niestety przyszło mi wrócić. Zostały wspomnienia i zdjęcia. I myśl, że nie długo do nich wrócę.

Kochać siebie samego to początek romansu na całe życie.

Na czym polega problem? Wasz problem? Co byście chcieli zmienić w swoim życiu? Czemu tego nie robicie? Kochacie siebie? Czy raczej nienawidzicie? Jak z Waszą pewnością siebie?
Odwieczne pytania. Jak jest ze mną? Moja pewność siebie to raczej 0/10. I to jest mój podstawowy problem. Chociaż to zaskakujące. Dlaczego? Jako mała dziewczynka, chociaż nie taka mała. Bo od 5 roku życia do 16 tańczyłam w dwóch zespołach, jeden bardziej znany drugi mniej. I uwielbiałam wychodzić na scenę i tańczyć. Tańczyłam w ogromnych teatrach, tak jak Teatr Narodowy i Sala Kongresowa. A jednak, moja pewność siebie jest bardzo niska. Byłam przewodniczącą szkoły. Zawsze się bardzo udzielałam, może mi się tylko wydaje, że taka jestem. Chociaż nie, myślę, że moja pewność siebie jest niska, ale przede wszystkim w jednej kwestii. Kontakcie z mężczyznami. Choć kiedyś tak nie było. Ale staram się to zmienić. Muszę przyznać, że staram się codziennie siebie zaskakiwać i pokonywać siebie i swoje słabości. Jestem z siebie dumna. Postawcie sobie cel. Spróbujcie złamać swój strach. Nad wszystkim można pracować. Nad sobą też. Na prawdę. Trzeba tylko chcieć. Bardzo mocno wierzę, że mi się uda. Że wam się uda. Kochajcie życie, mamy je jedno. Nie zmarnujcie ani jednego dnia na użalaniu się nad sobą. Kochajcie siebie.

Żyjesz tylko raz!

Wiara.
Trzeba mocno wierzyć. Marzenia się spełniają. Potrzebna nam wiara aby pomóc im się spełnić. Nie jest czasami łatwo, gdy wali nam się świat i wszystko układa się nie po naszej myśli, ciężko jest się uśmiechnąć, wstać z łóżka, powiedzieć dość. Ale trzeba, bo jak tego nie zrobimy to nikt za nas tego nie zrobi. NIKT. Nic się samo nie wydarzy.
Chcesz zmiany? Bądź zmianą! Chcesz żyć inaczej? Zmień coś! I pamiętaj, KIEDY BÓG ZAMYKA DRZWI, OTWIERA OKNO! Nic nie dzieje się bez przyczyny! Wierzę w Boga i w to,że coś tam na górze jest nam pisane. Wierzę w to, że będę szczęśliwa. Wierze,że mi się uda. Będę miała wspaniałą rodzinę, męża, dzieci. Skończę studia. Przyciągaj do siebie szczęście. Myśl o tym. Postaw sobie cel, dąż do niego. A wierz mi, uda Ci się. Tylko Ty jesteś swoim ograniczeniem. Masz określony sposób „paliwa” na całe swoje życie, wykorzystaj go! Ale z umiarem! Dopełniaj bak! Czym? Szczęściem! Bądź szczęśliwy! Żyjesz tylko raz. Życie jest najpiękniejszą zagadką Twojego istnienia. Zostaw po sobie ślad. Spełnij się. Niech pamiętają szczęśliwego, dobrego człowieka. Kochaj i bądź kochanym!
Chyba wróciłam!
Optymistka! Wierzę! Kocham!

Najwyższy czas.

Przygotowuje się do podróży, tej jednej, szczęśliwej, pięknej. Oczyszczam ciało i dusze. Do szczęścia. Kochać, cóż to znaczy? Miłość czy istnieje? Tak wiele osób przez nią cierpi ale nadal do niej dąży! Prosi o nią, szuka jej. Kochałam? Chyba jednak nie. Chce zapomnieć o tym co było. Bez tego, nie otworze się na nowe, lepsze. Nie otworze się na szczęście. Muszę zacząć żyć na nowo. Pozmieniać wszystko! Zamknąć pewne rozdziały w swoim życiu. By móc otworzyć nowe. Łatwo mówię, a jak pomyślę, to ciężko mi to zrobić.
Kręci mi się w głowie. Od nadmiaru wiadomości, od strachu. Wegetuje w tym stanie od prawie 3 lat, najwyższa pora zacząć żyć.

By noc trwała ułamek se­kun­dy, a dzień wie­cznością był.

Nie takie burze w życiu przechodziłam. Kiedyś będzie dobrze, na pewno się ułoży! Nie będę się więcej martwiła o takie rzeczy. To jedna burza. Ale przejdę ją. Po niej wyjdzie słońce. Będę motywować, siebie i innych, do szczęścia. Będzie cudownie. Zdecydowanie musi być. Jest dziwnie, dawno tak nie miałam. Męczę się sama ze sobą. Ale w końcu będzie dobrze, na pewno się ułoży.
Skończę wymarzone studia, pójdę do pracy, założę rodzinę. Będzie wspaniale.
Na każdego przyjdzie czas, na szczęście. Wiele w życiu straciłam, ale wiele też zyskałam. Wiele osiągnęłam. Poznałam wspaniałych ludzi. Jest dobrze! po każdej burzy wychodzi słońce. Teraz też wyjdzie. Zaczynam żyć na nowo. Zapominam o tym co było. Będę żyć na nowo. Będzie dobrze! :) Dziękuje za przeszłość, poproszę o przyszłość.